Czytania
Iz 55. 1 – 3; Rz 8. 35, 37 – 39
Mt 14. 13 – 21
Kazania
Jan Chryzostom – Komentarz do listu św. Pawła do Rzymian
Mary Stevenson – Ślady na piasku
Jan Chryzostom
Cóż więc może nas odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie czy ucisk, czy prześladowanie, czy głód, czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz?
Zwróć uwagę, jak św. Paweł rozważnie dobiera słowa. Nie wymienia on namiętności, nie mówi o pragnieniu bogactwa czy sławy, ale wymienia zło, które wyrządza nam jeszcze większą krzywdę niż to, co jest w stanie ujarzmić naszą naturę, i wbrew naszej woli, zachwiać nawet najsilniejszą wiernością. Wymienia on utrapienia i uciski. Łatwo je wyliczyć, ale każde z tych słów oznacza niezliczone, ciężkie zmagania, jak wojny czy choroby, brak środków do życia, samotność. Są to także więzienie, fałszywe oskarżenia i wszelkie inne udręki. Tymi słowami apostoł przemierza całe morze niebezpieczeństw i zawiera w nich całą niezliczoną ilość cierpień, jakie mogą spotkać człowieka. Ale wszystkim cierpiącym dodaje on otuchy. Dlatego też posługuje się formą pytania retorycznego. Chce w ten sposób jako fakt niepodważalny pokazać to, że nic nie jest w stanie oddzielić od Boga człowieka, który jest przez Niego kochany i cieszy się Jego opieką. Apostoł przekonuje, że zawsze, bez względu na cierpienia jakie nas spotykają, nigdy nie jesteśmy opuszczeni przez Chrystusa.
W tym miejscu przytoczę krótkie opowiadanie Mary Stevenson
We śnie szedłem brzegiem morza z Panem
oglądając na ekranie nieba całą przeszłość mego życia.
Po każdym z minionych dni zostawały na piasku
dwa ślady – mój i Pana. Czasem jednak widziałem tylko jeden ślad, odciśnięty w najcięższych dniach mego życia.
I rzekłem: „Panie, postanowiłem iść zawsze z Tobą, przyrzekłeś być zawsze ze mną; czemu zatem zostawiłeś mnie samego wtedy, gdy mi było tak ciężko?”.
Pan odpowiedział: „Wiesz synu, że cię kocham i nigdy cię nie opuściłem. W te dni, gdy widziałeś tylko jeden ślad, ja niosłem ciebie na moich ramionach”.
Wracając do listu:
Ale we wszystkim tym odnosimy zwycięstwo, a nawet więcej, przez Tego, który nas umiłował
To jest w tym wszystkim najwspanialsze, że nie tylko wychodzimy z tego zwycięsko, ale że zwyciężamy z pomocą naszych prześladowców; w istocie nie tylko triumfujemy, ale dokonujemy czegoś więcej – zwyciężamy z łatwością, bez żadnego wysiłku. Dzieje się tak dlatego, że nie musimy podejmować prawdziwej walki; gdy tylko postanowimy walczyć, już wszędzie triumfujemy nad naszymi wrogami. I jest to całkowicie naturalne, bo naszym towarzyszem w walce jest sam Bóg. Dlatego nie wolno ci uważać za niedorzeczne, kiedy ktoś twierdzi, że pod ciosami bicza triumfujemy nad tymi, którzy nas biczują; że wygnani z kraju sprawujemy większą władzę niż ci, którzy nas wygnali; że umierając pokonujemy żyjących. Zwycięstwo, jakie odnieśli apostołowie nie było prostym, zwyczajnym pokonaniem wroga, lecz triumfem godnym największego podziwu. Było tak dlatego, co oni sami musieli przyznać, że ich prześladowcy nie walczą z ludźmi, ale z tajemniczą, niezwyciężoną siłą. Spójrzcie na reakcję żydów. Kiedy apostołowie stali pośród nich, mówili oni: „Co mamy zrobić z tymi ludźmi?” (Dz 4. 16). To rzeczywiście dziwne, bo choć mieli ich obezwładnionych, zakładali im kajdany i biczowali, to mimo to stali bezradni i zmieszani; zostali pokonani właśnie przez tych, których mieli nadzieję pokonać. Ani tyrani, ani kaci, ani hordy złych duchów, ani nawet sam książę piekła nie byli w stanie nad nimi zapanować; wszyscy oni ponieśli całkowitą klęskę, musieli przyznać, że wszystko, co przeciwko nim przedsięwzięli, zawiodło. Dlatego apostoł słusznie mówi „odnosimy zwycięstwo, a nawet więcej niż to”. Prawdziwie, był to nowy sposób zwyciężania – pokonywanie wrogów za pomocą środków, jakimi próbowano ich zgładzić. I tak walczący nigdy nie ponieśli porażki, co więcej, zawsze przystępowali do walki pewni zwycięstwa.
Jestem przekonany, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani moce, ani teraźniejszość, ani przyszłość
Ani żadna wysokość ani głębokość, ani nic stworzonego nie zdoła nas wyłączyć z miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, naszym Panu
Wielkie słowa! Ale nie rozumiemy ich, bo nie mamy takiej samej miłości co św. Paweł. I choć jest ona tak wielka, to apostoł pokazuje nam, że to nic w porównaniu z miłością, jaką obejmuje nas Bóg; dlatego też najpierw opisuje on miłość Boga do siebie. Znaczenie tych słów jest następujące: jaki sens ma mówienie o doczesnych udrękach i cierpieniach, które i tak są udziałem tego życia? Gdyby jednak ktoś mówił mi o potężnych istotach z zaświatów, o śmierci i życiu, o aniołach i archaniołach, o całym świecie pozaziemskim, to i tak wszystko to wydaje mi się niczym w porównaniu z miłością Chrystusa. Nawet gdyby ktoś groził mi śmiercią w przyszłym życiu, albo oferował perspektywę niekończącego się życia na ziemi, aby tylko odwrócić mnie od Chrystusa – wszystko to na nic by się zdało. Wszystko co w niebie i na ziemi wydaje się małe przy Bożej miłości. Dla Pawła tylko jedno jawi się jako coś przerażającego, mianowicie utrata tej miłości. Było to dla niego bardziej zatrważające niż samo piekło, a trwania w tej miłości pożądał bardziej nawet niż Królestwa Niebieskiego.
Popatrz, apostoł Paweł w porównaniu z miłością Chrystusa nie przywiązuje wagi nawet do nieba, a my przedkładamy świat z błota i gliny nad Chrystusa. Zaiste, trwoga powinna nas ogarnąć, skoro dla Boga trudno nam z czegokolwiek zrezygnować. A św. Paweł znosił wszystko dla Chrystusa, nie ze względu na obietnicę życia wiecznego w niebie ani tym bardziej dla swojej chwały, a jedynie z miłości do Niego. A nas często ani Chrystus, ani żadna obietnica nie są w stanie oderwać od doczesnych spraw czy problemów. Wciąż spuszczamy wzrok ku ziemi i nie potrafimy zmusić się, by choć na chwilę spojrzeć w stronę nieba. Bóg wydał za ciebie swojego Syna, a ty nie potrafisz dać Mu kawałka chleba – Temu, który samego siebie wydał na śmierć za ciebie, za ciebie się ofiarował. Ze względu na ciebie Bóg Ojciec nie oszczędził swojego Jednorodzonego Syna. A ty niejednokrotnie widzisz, jak umiera z głodu i przechodzisz obojętnie. A On tylko chce, abyś Mu dał coś z tego, co należy do Niego i to dla twojej korzyści. A Panu twemu nie wystarczyło cierpienie śmierci na krzyżu, chciał jeszcze być ubogim, wygnanym, wtrąconym do więzienia, nagim; i być może wszystko to po to, by pozyskać ciebie. Jeśli już nie potrafisz Mi okazać wdzięczności za to, co dla ciebie wycierpiałem, to przynajmniej miej współczucie w mojej nędzy. A jeśli nie potrafisz ulitować się nad moim ubóstwem, to niech przynajmniej poruszy cię moja choroba. Dzisiaj także cierpię nędzę, choroby i głód w wielu ludziach na świecie, by w ten czy inny sposób pobudzić cię do współczucia, które może przyczyni się do twojego zbawienia. Nie proszę o coś wielkiego, tylko o kawałek chleba, o schronienie, o słowa pociechy. Człowiek jest mi winien tysiąckrotną zapłatę, ale ja jej nie żądam; przeciwnie, oferuję Królestwo Niebieskie za te małe uczynki. Za trochę jedzenia, kubek wody, odwiedziny w chorobie. Uwolniłem cię z najcięższych kajdan, a zadowolę się tym, jeśli tylko odwiedzisz mnie w więzieniu. Niebiańską koronę mógłbym ci dać bez tego wszystkiego, ale chcę być ci ją winien, byś mógł ją nosić z poczuciem zasłużonej nagrody. Jestem Panem wszechświata, a do ciebie przychodzę jako żebrak, byś mógł Mnie nakarmić czy udzielić schronienia. Kiedy stanie przede Mną cała ludzkość, ogłoszę głośno, by wszyscy mogli usłyszeć i wskażę na ciebie jako na mojego żywiciela. Człowiek wstydzi się i stara się ukryć, kiedy ma do jedzenia tylko to, co ktoś mu ofiaruje. Ale Syn Boży, który nas tak bardzo kocha, ogłosi to przed całym światem, że Go nakarmiliśmy i odzialiśmy.
Weźmy to sobie do serca i przełóżmy na czyny to, co usłyszeliśmy. Uplećmy sobie wieniec z rąk tych ubogich, abyśmy mieli radosną nadzieję w tym życiu, a gdy przejdziemy do życia po drugiej stronie, mogli uczestniczyć we wszystkich niebiańskich wiecznych dobrach. Niech zostaną nam one udzielone dzięki łasce i miłości naszego Pana, Jezusa Chrystusa, któremu wraz z Ojcem i Duchem Świętym, niech będzie chwała i cześć, teraz i na wieki wieków. Amen